czwartek, 12 stycznia 2012

Do końca grudnia i ani jeden dzień dłużej.

    Oj, się działo. Nieczęsto odwiedzam mojego bloga. Sama nie wiem jak to się dzieje, ale myśli i natchnienia przychodzą, gdy człowiek chce walnąć w poduszkę i uciąć komara.

    Co się działo to się działo.
    Dwa miesiące na perfidnym dziale w handlu (le fu praca, le fu. Ale z moim 'wykształceniem' innej pracy na chwilę obecną nie mam szans żadnych, chyba że założę coś swojego, co- jak już kiedyś wspominałam, mam zamiar zrobić.). Wyrywanie włosów z głowy ze stresu i nerwów. Totalna stagnacja w temacie zdjęć, rysunków, czegokolwiek związanego z moją tak zwaną 'sztuką' (może oprócz brzdąkania na pianinie no ale jak się je ma pod ręką, przez dwa miesiące trudno się nie skusić... A jak się człowiek raz skusi, to czasem ciężko nie grzeszyć ponownie.).

    A tak oprócz tego niespodziewany kind of bitch-slap ale nie od biczy tylko od bicza. Po wielu latach znajomości dość zażyłej dostałam metaforycznie po twarzy. I mimo że metaforycznie, to potężnie i niesprawiedliwie oraz bezpodstawnie. People are bitches, indeed. Jak widać po wpisie, próbuję szlifować angielski, ponieważ złapałam się na braku słów gdy próbuję coś wystękać rozmawiając z bratem/ współlokatorem. A że oba stwory są na anglistyce a ja nie chcę robić z siebie osła- przyszła pora na ponowne gadanie do siebie (nie że tego kiedykolwiek zaprzestałam, tyle że nie w obcych językach...) po angielsku, na oglądanie filmów bez napisów iii taaak dalej.

    Kurde, trzeba się wziąć do roboty. Ostatnio spojrzałam w mój kalendarz uniwersytecki (taaak, nie studiuję a mam, really, to wspaniałe uczucie. Już wiem, skąd bierze się u studentów bijąca od nich aura poczucia wyjątkowości. Już nie będę się śmiała ze studentów. Wracając do kalendarza.

    Dotarło do mnie, że już niewiele czasu dzieli mnie od egzaminu kończącego dwuletnie obijanie się i udawanie artystki.

    Słowo dla tych którzy myśleli o kursach lub szkołach artystycznych jako dopełnienie edukacji- nie wierzcie, że takie coś da wam natchnienie i rozwinie zdolności. Takie szkoły podcinają skrzydła i wypalają człowieka do cna. Jedyne co się zyskuje to wiedza teoretyczna i zrzędliwi wykładowcy, opierający swoje oceny waszych prac na zasadzie "no łade, ale mnie nie odpowiada ten styl więc mam to w dupie, że pani nie zaliczy", by na końcu dać zaliczenie na widok waszego zbitego, skulonego, jęczącego morale.
Mówiąc krótko i podsumowując akapit przedostatni- muszę zacząć wkuwać twardą teorię, która w gruncie rzeczy nie przyda mi się do niczego, oprócz do tego by dostać procenty na papierek świadczący o tym że umiem naciskać guzik aparatu fotograficznego.

    Chyba wylałam cały swój jad. Dziwne, ile się człowiekowi może tego nazbierać.

Powiem szczerze, że ostatnio wróciły mi niektóre dobre momenty z dzieciństwa. Lion King w telewizji i Ejcz Pi, którego serię książek dokończyłam po raz pierwszy od dawna. I obejrzałam ostatnie filmy. Zaiste zawżdy, genialnie się oglądało w miłym towarzystwie ludzi, oraz wina pitego w kubkach do herbaty. (I zagryzało kamiennymi ciastkami mączno- korzennymi własnego wyrobu. Szczęki całe, bez obaw.)

A tak na marginesie- fajnie jest poczytać czasem do czwartej nad ranem.