Witojcie, jak mówią górale*.
Zdaje się, że to będzie jeden z tych przyziemnych wpisów, marudzących o szarej rzeczywistości, o bierzących sprawach i problemach. Nie bez powodu jednak- kilka motywów przewodnich dłuższego wpisu plącze mi się po głowie, a problem tkwi w tym właśnie, że na razie tylko i wyłącznie po głowie, a nie po klawiaturze. Przechodzę chyba istotnie pewien kryzys "twórczy", i wielu rzeczy nie umiem ubrać w słowa tak jak należałoby to zrobić by efekt był zadowalający.
Więc z czym się obecnie spieram?
Ze sobą- to już wiemy. Mieć nierówno pod sufitem to zaiste trudna sprawa komplikująca wiele rzeczy. Spieram się psychicznie (a propo nierównego sufitu) i fizycznie (Don't wanna be 'fluffy' anymore! Tak na marginesie, kocham eufemizmy. Sprawiają, że świat wydaje się być mniej obrzydliwym.). Jako że wyzwanie to nie powinno być takie teoretycznie trudne (podkreślam- teoretycznie. Bo zryty dekiel rzuca sobie sam kłody pod nogi, nawet we własnej, dobrej sprawie), walczę już dobry trzeci rok. Jednak sufit nieco naprostowałam, i jak wie parę wtajemniczonych osób, w tym sezonie lesiennym (piękną mamy jesień tego lata) za osiągnięciem celu stoi motywator w formie nagrody. Jakiej- o tym później, gdy cel zostanie osiągnięty, a dowody które tu przedstawię będą wyraźne i niezaprzeczalne. Dodatkowo po próbach znalezienia dobrego sposobu zdrowej aktywności, z dwóch nóżek przesiadłam się na dwa kółka. Jak dotąd wszystko idzie powoli, ale w dobrym kierunku.
Praca. Praca praca praca. Dosłowna, zarobkowa- bo z czegoś żyć trzeba. Tu sprawy wyglądają dość marnie, ale i na to najprawdopodobniej znalazłam dobry sposób. I tutaj znów jeszcze wszystko dopiero będzie się rozwijało. W skrócie mogę powiedzieć, że wielu szefów nie będzie mi latało i stękało nad głową. Całym mózgiem operacyjnym nie będę, ale półkulą już tak. Będzie to wymagało dodatkowych nakładów finansowych (trzeba się będzie stać mobilnym. A na własnych nogach nie wszędzie mozna dotrzeć szczególnie w takim interesie, który mam na myśli.)
Jak dotąd, będąc na garnuszku o pewne rzeczy martwić się nie muszę. Ale jako urodzony centuś i Panna "spuchnięta-do-granic-niemożliwości-duma", oczywiście nie wyobrażam sobie wysysać (czy nawet pożyczać) więcej niż trzeba. Dla mnie to zwyczajnie nie na miejscu. (przykładowo, duma nie pozwala mi na to, bym za swoją szkołę nie płaciła sama) Może to trochę głupie, bo powinnam wykorzystywać każdą okazję od początku do końca (a chęci rodzinne są, wsparcie zdeklarowane). Ale nie robię tego. Ot, taki ze mnie dobry i uczciwy człowiek.
Pęd do niezależności. To kolejna rzecz, która spędza mi sen z powiek. Strasznie chciałabym być totalnie niezależna. Jak najszybciej, i w jak najlepszym stylu. Dałam sobie jeszcze 4 lata "beztroski", by zaplanować sobie wszystko po kolei, obserwować rozwój sytuacji, i w końcu wyfrunąć. Co jednak utrudnia? Powyższy akapit dotyczący pracy. W pewnym sensie, zwiąże mnie to z rodzinnym domem. Ale kto wie? Nie wiem co będzie za pół roku, a "plan czteroletni" to tylko wyjście awaryjne. Kto wie co będzie.
Sceptycyzm. Jedna z rzeczy których z jednej strony chciałabym się może pozbyć, ale z drugiej- to taka fajna tarcza ochronna przed złem z całego świata, że nie chce mi się z tego rezygnować. Przez wiele lat wnioskowałam że lepiej wychodzę na byciu sceptyczką i pesymistką, że teraz weszło mi to na stałe w krew.
Szkoła. Wybrana pod presją "żyjesz w XXI wieku- nie masz studiów i nie uczysz się po ogólniaku? Jesteś nikim" i na ślepo opcja okazuje się być dosyć nietrafiona.
Płacę, uczę się zaocznie. Właściwie tylko dlatego, że uciekłam przed tym dzikim pędem potrzeby bycia studentem (najlepiej dziennym). Ale z perspektywy czasu widzę więcej. Studiowanie dzienne (jeszcze z dala od domu) to interes dla ludzi z kasą albo oślim uporem i determinacją- to jeden (człeku poczciwy, spróbuj zachrzaniać na zajęcia 4 lub i nawet 5 dni w tygodniu, dodatkowo pracować i mieć pieniędzy tyle, by nie żebrać pod kościołem lub by nie robić z siebie idioty na rynku, a DODATKOWO uczyć się tyle by nie wywalili Cię ze studiów.), ja takim człowiekiem nie jestem, musiałabym wiedzieć, że "wystarczy do pierwszego". Wolałabym przepracować każdą godzinę wakacji przed pójściem na studia by uzbierać tak zwaną fortunę, by potem móc spokojnie egzystować, nie wtykając słomki do konta bankowego rodziny. A na pewno nie zbyt często. Dwa- ludzie strzelają z kierunkami, i zwykle są zawiedzeni wyborem, kierunek nie spełnia ich oczekiwań lub w trakcie nauki dociera do nich że "to nie to. Tu znów- ja bym tak nie umiała. Działać wbrew sobie? Never. Nie stawiając na szali 5 lat swojego życia. Zmarnować tyle czasu? I po co?
Ale takie roztrząsanie sprawy jest zupełnie hipotetyczne, ponieważ na studia nie próbowałam się nawet dostać. Z moim niskim poczuciem własnej wartości i wynikami matur nie bardzo miałabym szansę na dostanie się gdziekolwiek na uczelnię. (z resztą ewentualne kierunki które by mnie interesowały, są najbardziej oblegane ze wszystkich humanistycznych EVER. I są trudne. A ja nie lubię się uczyć. Lubię zdobywać wiedzę, ale nie kuć i uczyć pod presją. Lubię wiedzę której zdobywanie motywuje się ciekawością i zainteresowaniem.)
I w końcu ostatnia rzecz. Nieskie poczucie wąłsnej wartości, o które dbano u mnie od dzieciństwa. Koledzy i koleżanki z wczesnych lat szkolnych pielęgnowali bardzo uważnie to poczucie. Udało im się, i do dziś lepiej nie próbować ze mną pertraktować na tematy dotyczące mnie bezpośrednio. Można gadać ile się chce, i tak zdania na swój temat nie zmienię pod wpływem ludzkiego czczego gadania. Może stanie się "cud" (cudzysłów wstawiony umyślnie. Nie wierzę w cuda i inne tego rodzaju pierdoły, szczególnie motywowane jakąkolwiek religią) i kiedyś to się odrobinę zmieni. Pożyjemy, zobaczymy.
Amen.
*Góralskie przywitanie pod wpływem owczego sera, znanego potocznie pod nazwą "Łoscypek" xD