Właśnie odbyłam rozmowę przez telefon. Wynikło kilka rzeczy z tej rozmowy.
Po pierwsze, w Polsce trzeba mieć końskie zdrowie i gruby portfel by chorować, w kraju tulipanów natomiast trzeba mieć skarbiec pełen złotych sztabek. Plus tego jest natomiast taki, że przynajmniej od razu zajmą się tobą przyzwoicie. Nie. Nie w Polsce. To takie płytkie przemyślenie.
Po drugie, zauważam już różnice pomiędzy przywiązaniem, zakochaniem, zauroczeniem, a pokrewieństwem dusz. Mimo iż akurat pisząc te słowa, myślę o kimś, przy kim granice tych uczuć stają się niewyraźne i zatarte- zupełnie jakbym odczuwała to wszystko w jednym momencie. Po trzecie, zauważyłam, że jedno z powyższych wymienionych wcale nie przekreśla możliwości współistnienia z drugim innym, również z powyżej wymienionych. Ale tu już wchodzę na grunt bardzo osobisty. Naszła mnie jednak ogólna refleksja, którą przytoczę po krótkiej historii.
Jest całe mnóstwo for internetowych. Ogromna ich liczba. Rejestrujesz się, piszesz posty. I ja tak kiedyś często robiłam. Teraz nie mam na to zbytnio czasu. Ale jako parę lat młodsza osoba, bardzo szukałam tego nawet nikłego, internetowego porozumienia z innymi. Przecież każdy szuka akceptacji. I zdarzyło się tak, że pewnego razu zagrała wspólna nutka. Nić porozumienia. A że to internet, że ta sama płeć, ten sam wiek, wspólne zaiteresowania- mniejsze hamulce i więcej tematów do rozmów.
Tak zaczęła się moja znajomość z kimś, kto przez długie 4 lata grał w moim życiu pierwsze skrzypce. Pod koniec tego wszystkiego czułam się, jakbym była uzależniona, jakbym ustawiała pod to swoje życie. Przez internet? zapytacie. A tak. Przez internet. Nieprzewidywalni stają się samotni ludzie w internecie. Doszło jednak do spotkania w cztery oczy. A nawet do trzech spotkań. By do nich doszło, pokonywałam zwykle szmat drogi od domu rodzinnego, nie mając żadnej gwarancji wzajemności jeśli chodzi o utrzymanie kontaktu. Potem nastąpiło odkrywanie po kolei prawdziwych kart. Dziś, mówiąc szczerze, chyba nawet nie pozostał mi sentyment do poznanej wtedy osoby. Gdy odkryłam więcej "prawdziwych prawd" jakoś to wszystko zelżało.
Ale, o ironio, tutaj główna historia się dopiero zaczyna.
Gdy po raz pierwszy pojechałam do mojej internetowej znajomej, byłyśmy umówione, że mnie odbierze na peronie. Wiedziałam jak wygląda, więc nie zastanawiałam się wiece nad jej osobą. Ale gdy wysiadłam z pociągu i rozejrzałam się dookoła, w tłumie ludzi zobaczyłam nie tylko ją. Nie przyszła sama. Gdy podeszły, oniemiałam. Obok internetowej znajomej stała dziewczyna nieczęsto spotykanej budowy. Nader wysoka, nie chuda, nie gruba, mówiąc kolokwialnie. Ubrana niemal całkiem na czarno, z arafatką na szyi, w ciemnym makijażu. Patrzyła na mnie i uśmiechnęła się. I tak to się niespodziewanie zaczęło. Tak naprawdę od napisania posta na forum internetowym. Na poznaniu 'internetowej znajomej', a gdy jechałam do miejsca zamieszkania obu dziewczyn po raz kolejny, nie mogłam do końca określić, czy jadę tam tak naprawdę dla internetowej znajomej, czy dla jej towarzyszki.
A morał jest taki: piszciel udzie, nawet w internecie. Bo mimo pocisków w stronę tego powoli pochłaniającego rzeczywistość medium, uważam że warto. Nawet z przypadku, możecie trafić coś wspaniałego. Gdyby nie ta nietrafiona znajomość przez internet, nie poznałabym kogoś, kto po dziś dzień gra w moim życiu strasznie ważną rolę. Nie poznałabym osoby, której dotyczą moje (po dziś dzień) rozważania w pierwszym i drugim zdaniu trzeciego akapitu.
Ludzie mówią: odejdźcie od komputerów, wyjdźcie na dwór i żyjcie naprawdę! Okej. Ale nie wszyscy mają taką okazję. Jeśli ja wyjdę na dwór, prędzej zobaczeę stado dzików niż żywą duszę. Nie chcę tu zupełnie bronić internetu. Ale nie mogę zaprzeczyć- jest on oknem na świat. (Jest brudnym oknem, bo w końcu internet to wielki śmietnik. Ale jak w każdym śmietniku, i w tym znajdzie się od czasu do czasu wartościowy kąsek.) Sekret polega na tym, że nie należy pozwolić by internet był jedynym źródłem naszego kontaktu ze światem. U mnie internet był w zasadzie łącznikiem. To tak naprawdę jemu zawdzięczam tę znajomość. Jednak nie należy być zaślepionym. Nie wyobrażam sobie teraz, bym z towarzyszką internetowej znajomej mogła siedzieć w internecie. (Ciężko inaczej, gdy mieszka się tak (szczególnie teraz) strasznie daleko od siebie. Ale nawet wtedy, pisałyśmy do siebie listy. Zwykłe, klasyczne, napisane na kartce papieru listy zapakowane w kopertę i wysłane ze znaczkiem.) Możliwe też, że gdybyśmy zaczęły rozmawiać w internecie, nie dogadałybyśmy się. Dziwne? Wcale nie. Ludzie często nie są sobą, gdy są w pewnym sensie incognito. I nie chodzi mi akurat teraz o skrajne przykłady jak z reklamy pewnej kampanii społecznej. Chodzi mi o temperament, charakter, zachowanie. Ktoś odpowiada nam przez internet, lecz "w realu" jest zuełnie kimś innym i już nie bardzo jesteśmy w stanie się dogadać. I to właśnie ta pułapka internetu.
Ps: przy okazji polecam artykuł z lipcowego Świata Wiedzy o frenemies
1 komentarz:
Witam szanowną klasowa koleżankę! :D Notka wspaniała! Odezwij się czasem na gg albo gmailu. :) Pozdro. Don Bonczi ! :D
Prześlij komentarz